Po trzech tygodniach od urlopu, w końcu udało się wybrać kilka zdjęć, które mam nadzieję chociaż w małym stopniu oddadzą klimat panujący w Gruzji (i nie mówię tu o pogodzie). Dzięki temu, że cały wyjazd zorganizowaliśmy sami była okazja żeby poznać lokalesów, zakosztować gruzińskiej kuchni i trochę off-roadu.
Bilety do Kutaisi udało się kupić już pół roku przed wyjazdem za wesołe 150 zł w dwie strony, co szczerze mówiąc było bodźcem do zorganizowania całej wycieczki. Potem było już tylko ciężej. Noclegi w Gudauri, czyli największym kurorcie zimowym w Gruzji są o dziwo stosunkowo drogie w porównaniu do całej reszty kraju. Ale nie było opcji żeby się wycofać. Koniec końców udało się znaleźć bardzo przyjemny hostel, który nawiasem mówiąc jest współprowadzony przez Polaka (Pozdrowienia dla Pitera). Z ręką na sercu możemy polecić tą miejscówkę wszystkim zainteresowanym – Hostel Happy Yeti.
Transport z lotniska do Gudauri też do tanich nie należy ze względu na odległość (300km). W zimie przejazd marszutką, czyli najtańszym, dostępnym środkiem lokomocji wydaje się być wątpliwym wyborem dlatego musieliśmy znaleźć jakąś alternatywę. Wybór padł na Georgian Bus. Jak się okazało wybór zupełnie trafiony. Rezerwacja miejsc przez internet a na lotnisku szybkie przejęcie bagażu i odjazd 1,5h przed planowanym wyjazdem (w Gruzji rozkłady jazdy to pojęcie względne, jest komplet to jedziemy). Droga, jak się domyślacie do spokojnych nie należała. Pomimo tego, że był środek nocy, nie zmrużyliśmy oka. Telefon i papieros to chyba standardowe wyposażenie gruzińskiego pojazdu, a raczej jego kierowcy. Wyprzedzanie na trzeciego pomiędzy tirami to ich numer popisowy. Około godziny 3 nad ranem czasu lokalnego całowaliśmy ziemię w Gudauri. Większość podróży spędziliśmy właśnie tutaj próbując odnaleźć pozostałości świeżego śniegu na stokach, a raczej poza nimi. Mieliśmy niesamowite szczęście. Od 20 lat nie pamiętają tak słabego sezonu, śniegu jak na lekarstwo. Ale dzięki temu część czasu poświęciliśmy na poznanie prawdziwej Gruzji i znalezienie dobrych miejscówek freeridowych. Jak pogoda dopisze Gudauri zamienia się w raj dla wielbicieli świeżego puchu i jazdy poza trasami. Te góry urzekły nas swoją różnorodnością i spokojem, którego nie uraczymy w większości alpejskich, a tym bardziej polskich kurortów.
Trochę się rozpisałem, ale nie po to się tu zebraliśmy żeby czytać moje wspominki z wakacji, więc wrzucę kilka zdjęć. Na pierwszy rzut nasz trip na stopa do Kazbegi.

Swojski klimat czuć w całym miasteczku. Mieliśmy wrażenie, że na jednego mieszkańca przypada 5 sztuk bydła, jedna świnia i ewentualnie sabaka.
Generalnie cofamy się do czasów liczydła w sklepach i przeterminowanych towarów na półkach. Naszym numerem jeden został Google Market (widocznie strategia marki na rynkach wschodnich jest mocno zróżnicowana).

Jedyne miejsce, które zbliża nas do Europy to pięciogwiazdkowy hotel z niesamowitym widokiem na górę Kazbek (5033.8 m n.p.m)

W Kazbegi poznaliśmy Gieorgij’a, który pokazał nam jak wygląda gruzińska gościnność. Obiecaliśmy wysłać mu zdjęcia psa. Pytając o adres usłyszeliśmy Gruzja – Kazbegi (mamy nadzieje, że dojdzie).

Żeby nie wyjść na takich, którzy nie lubią zwiedzać na koniec odwiedziliśmy klasztor Cminda Sameba, z którego rozpościerał się przepiękny widok na pobliskie szczyty.

I jeszcze kilka zdjęć ze spaceru po Gudauri.

A teraz główny cel naszej wyprawy :)

Przedostatni dzień i super trip z przygodami do stolicy. Przy okazji pozdrawiamy całą ekipę z honkera! Dzięki za szampana, pierwsze wino, drugie wino, trzecie……

Leave a Comment

Contact me

Do you have some question to me? Ask me here.

Not readable? Change text. captcha txt