Zaczyna się tutaj robić trochę monotematycznie. To już 3 wpis z rzędu o naszych małych podróżach i kolejny o Gruzji. Ale nic nie poradzę, że tam po prostu chce się wracać. Tym razem wyjazd zaplanowaliśmy tak, żeby więcej czasu poświęcić na samo Tbilisi. Rozpoczęliśmy rzecz jasna od zakupów na pchlim targu obok Suchego Mostu. To chyba nasze ulubione miejsce w stolicy. Polecamy je wszystkim miłośnikom staroci, a w szczególności zapaleńcom fotografii analogowej. Nam w tym roku udało się kupić obiektyw wielkoformatowy Aeroektar i pierwszego analogowego Canona z wbudowaną lampą do uwieczniania ciekawych momentów w podróży.

gruzja-1-of-74.jpg



Tbilisi ze swoim ciekawym położeniem pozwala z jednej strony podziwiać nowoczesną architekturę, z drugiej natomiast zniszczone uliczki Starego Miasta i jego sypiące się kamienice. Najlepszy widok na panoramę zapewniają tarasy widokowe, na które dostaniemy się dwiema kolejkami linowymi.













Po 2 dniach w stolicy ruszyliśmy za śniegiem, do Gudauri. Planowaliśmy podróż tanią marszutką, ale w ostatniej chwili trafiła się okazja na komfortową przejażdżkę SUVem za dobre pieniądze, więc grzechem było nie skorzystać. O tym jak było nie będę się rozpisywał, zdjęcia mówią same za siebie. Pomimo, że góry nie przywitały nas świeżym opadem, to poczęstowały kilkoma pięknymi zjazdami. Dziękujemy! Wrócimy po więcej. W tym miejscu wysoka piątka dla całej ekipy z Happy Yetti i pokoju nr 4 (pomimo synchronicznego chrapania dobre wrażenie pozostało).







Ten kto czytał ostatni wpis o Gruzji wie, że podczas wizyty w Kazbegi poznaliśmy Gieorgija – starszego Gruzina, który zaprosił nas do siebie. Postanowiliśmy do niego pojechać i przywieść zrobione rok wcześniej zdjęcia. Mieliśmy sporo szczęścia, że akurat odwiedzał go syn, bo Gieorgij w pierwszej chwili nas nie poznał. Dopiero przeglądane zdjęcia przywróciły mu pamięć. I znów zakosztowaliśmy gruzińskiej gościnności i mocnego, domasznego wina. Będąc w Kazbegi nie mogliśmy nie zaliczyć wizyty w naszym ulubionym, designerskim hotelu “Rooms” (gorąca czekolada niezmiennie wyśmienita). W tym roku zapuściliśmy się kawałek dalej za miasto i dojechaliśmy do granicy z Rosją, przy której znajduje się pięknie położony monastyr.

 











Przed powrotem do Polski mieliśmy jeszcze jeden dzień żeby poszwędać się po Tbilisi. Jak zwykle ruszyliśmy tropem starych kamienic i lokalnych knajpek z dobrą strawą. Mamy jedną radę dla osób chcących zwiedzać Tbilisi pieszo. W stolicy Gruzji trzymajcie się z dala od głównych ulic. Daremno tam szukać przejść dla pieszych i wyrozumiałości kierowców, a przebiegnięcie ruchliwej 6-pasmówki to walka o życie. Za to taksówki są tanie jak barszcz, więc nie ma tego złego…:) Mimo dyskryminacji przechodniów Gruzja po raz kolejny nas zachwyciła. Ta gościnność, przepyszna kuchnia, domaszne wino, klimat rodem z PRLu, no i góry…Już chce się wracać.













Comments

Leave a Comment